Rezultatem populistycznej deprecjacji aksjologicznej legislacji może się ewentualnie stać negatywny test efektywności transformacji. Kauzalne incydenty korupcyjne nie likwidują kompleksu legitymizacji będącej aksjomatem procedowania socjalnej deanarchizacji. Urbanizacja winna być fundamentalnym punktem kapitalizacji miast prowadzIć do demonizacji. No nie! Takim bełkotem, który nie tylko jest niezrozumiały dla przeciętnego człowieka, ale też (o ile ktoś rozumie znaczenie wszystkich tych i podobnych słówek) obnaża utytułowaną pustkę rozważań decydentów przecież jeszcze nikt się nie posługuje! No i masz, mi też się myśl omsknęła i zwichnęła. Bez decydentów, populizmu itp. obcych naleciałości będących zarazem wytrychami pojęciowymi już mało kto z nas potrafi się obejść. Pożera nas, nasz język, treściwość i celowość wszelkich wywodów ta angielska łacina, która na dobrą sprawę nawet w swoim rodzimym środowisku ludzi posługujących się na co dzień (niegdysiejszym) językiem Szekspira jest czymś w rodzaju złośliwego nowotworu.
Oczywiście przesadziłem, przerysowałem grubą kreską, ale czy aby nie zmierzamy w kierunku tego, że podobny bełkot będzie do nas docierał już ze wszystkich stron? Nawet z ambony słyszy się coraz częściej o pozytywnej interpretacji ekspiacji i bardziej żal z tego powodu parafian aniżeli księdza i osób... konsekrowanych. Rzecz jasna nie jest to zjawisko zupełnie nowe. Już w czasach mego szczęśliwego dzieciństwa, które przypadło na "przerwaną dekadę" (a nie prościej było zatytułować wywiad-rzekę z Edwardem Gierkiem: przerwane dziesięciolecie?) zaczęły się mnożyć dyplomowane osły płci obojga, specjaliści od prac doktorskich roztrząsających rniezwykle ważner1; zagadnienia wpływu gry w tenisa na wzrost spożycia lodów itp. bzdury. W ich przypadku sprawa była zupełnie jasna. Cudzoziemskimi słówkami, które mało kto rozumiał usiłowali pokryć brak czegokolwiek istotnego do przekazania oraz dodać sobie ważności. Stopniowo, w miarę niepowodzenia wielkiego skoku w nowoczesność za pożyczki z Zachodu, coraz bardziej smętną twórczość rozwijali w podobnym kierunku towarzysze z PZPR. Cudzoziemskie frazesy, które mielili na plenach, konferencjach aktywu takiego i owakiego oraz na zjazdach (nie nazywanych wówczas jeszcze kongresami), miały im nadać pozór uczoności i przekonać tzw. masy pracujące, że panują nad pogarszającym się położeniem całego kraju.
Ku memu przerażeniu w połowie lat osiemdziesiątych zeszłego stulecia odkryłem, że niezwykle podobny bełkot wszedł w krew również przedstawicielom tzw. opozycji demokratycznej zwanej też przeciwnikami reżimu. Zwolnieni z więzień i innych miejsc odosobnienia zaczęli rozpowszechniać żądania (pardon: postulaty) jakichś tam zmian strukturalnych oraz systemowych. Namiętne słowotwórstwo zastąpiło poważne rozważania o przyszłości narodu i państwa. Myśl konserwatywna (zachowawcza), rozwijana w tym środowisku z wielkim poświęceniem przez kilka wybitnych jednostek, została schowana do szuflady w biurku obok Okrągłego Stołu. W międzyczasie nauczyłem się na studiach, co oznaczają te wszystkie cudzoziemskie słowa i zwroty i byłem w stanie ocenić zawartość oraz wagę zdań wypowiadanych w ten szczególny sposób. Zdałem sobie sprawę, że te zdania nie zawierają niestety przeważnie żadnych odkrywczych ani w jakikolwiek inny sposób istotnych treści.
No i tak mi już zostało do dzisiaj. Nie mogę się mianowicie oprzeć wrażeniu, że wszystkie te indykatory, produkt narodowy brutto, produkty finansowe i wszelakie rankingi, korupcja i transparencja, słowem dzieci wdowy po istniejących od początku świata nadużyciach władzy to po prostu dęte bzdury. Rzetelne i odpowiedzialne myślenie o społeczeństwie i państwie, o przyszłości Europy i świata, o własnym narodzie wreszcie, oparte na wiedzy rzeczywistej i sprawdzonej, zostało wyparte przez dziwaczne mędrkowanie. Wypowiedzi wielu przedstawicieli warstwy pracowników umysłowych, zwących się elitą intelektualną coraz bardziej zbliżają się do owego potwornego wzorca, który przerysowałem na wstępie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że kryje się za tym wiedza jeżeli nie pozorna to niezwykle daleka od prawdziwej rzetelności, a jeszcze bardziej skuteczności. Koszmarna biurokracja, owe liczące nawet 150 stron formularze zeznań podatkowych, postępujące odczłowieczenie i oderwanie od wymogów życia całej tzw. nadbudowy stanowią pożywkę, na której rozwija się chmara dziwacznych i niezrozumiałych słów, opadających jak muchy i kąsających niczym komary. Słów-wytrychów, słów-bzdetów, słów, które nic nie znaczą, bo nic nowego nie wnoszą i które są bardzo często jednym wielkim oszustwem. Oszustwem i samooszukiwaniem się tych, którzy ich używają i tych, co je czytają i słyszą.
Cóż zatem czynić? Jak się ratować? Trzeba chyba zacząć od tego, by przestać się wstydzić, obawiać, ukrywać niechęć i sprzeciw wobec zaistniałego nadużycia słowa, utraty jego znaczenia i wartości, a wreszcie psucia mowy ojczystej. Jak napisał wybitny poeta i prozaik ś. p. Antoni Słonimski: "Mój przyjacielu nie wstydź się, nie rumień, bo to są słowa, które bałamucą. Nigdy się twojej pamięci nie wrócą ani trafią do serc i do sumień." (W obronie wiersza). Jednak trzeba też pamiętać, że jak to ujął Norwid: "Nie miecz i tarcz bronią języka, lecz arcydzieła." Skoro nasi nie tak znów dawni przodkowie umieli przechować język ojczysty przez okres niewoli w czasach zaborów, kiedy Polski nie było na mapie, tym bardziej my teraz powinniśmy go ocalić przed zalewem niby to uczonej tandety, umocnić, napełnić nowym blaskiem i przekazać przyszłym pokoleniom. Nic nie jest stracone, dopóki nie została pogrzebana nadzieja. Czytajmy zatem i powtarzajmy za Sienkiewiczem, Prusem, Reymontem, aby nasze dusze nie stwardniały do reszty i nie zamknęły się nie tylko na piękno mowy ojczystej, ale też na znaczenie słów jako takie. Jeśli zaś ktoś pisze i publikuje niech zajmuje się wyłącznie tym, co uważa za prawdę i tym, co dotyczy zagadnień ważnych i istotnych, omawiając je rzeczowo i bez niedomówień. Wówczas zacznie się rozpadać bezosobowość uścisku obręczy słów dziwnych, niepotrzebnych i niezrozumiałych. Bądzie to zarazem świadczyć o poważaniu jakie mamy tak dla siebie, jak dla odbiorców głoszonych przez nas treśco oraz wniosków.
Do tych ogólnych rozważań dodam zaś radę praktyczną, zaczerpniętą z mądrości czasów jeszcze starożytnych. Nie warto nikogo z błądzących po językowym śmietniku poprawiać ani pouczać, a w każdym razie nie to powinno być kierunkiem, na którym należy podejmować największy wysiłek. Przeważnie po stokroć lepiej jest w każdej rozmowie i każdej wymianie zdań napisać albo powiedzieć to samo prościej, dokładniej, bardziej zrozumiale i wyraźnie, nawet jeśli nieco dłużej. Jednym słowem świecić przykładem, ale nie w oczy... Zaczynać zaś oczywiście od pracy nad sobą, bo każde wielkie zwycięstwo zaczyna się od zwycięstwa nad samym sobą, nad własną niemocą i niechęcią do spełniania najlepiej jak się potrafi tego co do nas należy.