Jednodniówka Narodowa :: jednodniowka.pl
Strona Główna Artykuły Galeria ForumSierpień 18 2018 09:59:18
Nawigacja
Strona Główna
Artykuły
Galeria
Kategorie aktualności
Linki
Szukaj

Forum

Redakcja
Kontakt
Archiwalna wersja JN
Regulamin komentarzy
Użytkowników Online
Gości Online: 13
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 70
Najnowszy Użytkownik: carlos
Losowe zdjęcie
51
51
SS-Galizien
Polecamy

Wątki na Forum
Najnowsze Tematy
Wojna ekonomiczna USA
Ataki wrogów Narodow...
Pakt Ribbentrop-Beck...
Reforma SN polityka ...
Wolna Polska narodowa
Najciekawsze Tematy
Uczmy się angiels... [50]
Kto pomoże mi sfo... [46]
Bałkany [35]
Klerykalna Partia... [33]
Mateusz Piskorski... [32]
Shoutbox
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

Adam Smiech
10/03/2014 10:21
No, ostrożnie ze słowami, panie anonimie! Może by tak zerwać przyłbicę i stanąć, jak mężczyzna, twarzą w twarz? Brak argumencików, to plujemy, co?

Yareck
04/03/2014 21:18
Jesteście ostoją... politycznej prostytucji. Więcej pisać nie trzeba!!!

Piotr Kolczynski
22/01/2012 21:55
Może być?

Marzena Zawodzinska
11/11/2011 22:18
Porządek by trzeba zrobić...

Marzena Zawodzinska
31/10/2011 07:55
Ten shoutbox jest za nisko, nie widać go.

Archiwum
Kooperatywy lekiem na (prawie) całe zło globalizacji

Dzisiaj, kiedy niemal wszystko można kupić za stosunkowo nieduże pieniądze w pobliskim markecie, nawet wielu mieszkańców wsi dochodzi do wniosku, że nie opłaca się nic hodować ani produkować samemu. Wiejskie podwórka pustoszeją - coraz mniej na nich krów, kaczek, gęsi, nawet kur. Można przejechać pół Polski i tylko raz usłyszeć pianie koguta. Zapewne ma to związek również z coraz bardziej restrykcyjnymi przepisami, ale i tak niewątpliwie łatwiej zrobić zakupy w markecie niż poświęcać czas i pracę na hodowlę. Tylko czy to na pewno jest pozytywne zjawisko?

Globalizacja sprawiła, że nasz rynek został zalany ogromna ilością atrakcyjnych, również cenowo, towarów z zagranicy, a my, z producentów, staliśmy się w większości konsumentami, uzależnionymi od zagranicznych koncernów. Oczywiście mamy też polskich producentów, ale coraz częściej są to duże farmy, stosujące w hodowli pestycydy i antybiotyki, aby uniknąć chorób i szkodników oraz zwiększyć plony. W dodatku, aby przewieźć, nieraz z bardzo daleka, gotowe produkty, trzeba je odpowiednio zabezpieczyć, oczywiście przy pomocy konserwantów. Zamieniliśmy więc zdrową żywność z własnego ogródka lub od rolnika na dowożone tirami z drugiego końca Polski lub z zagranicy produkty o dziwnych składach. Dlaczego nagle w marketach zaczęły się pojawiać „zdrowe alejki”, „zdrowe półki”? Jeśli tylko na nich znajduje się zdrowa żywność, to co znajduje się na pozostałych?

Wypieranie rodzimego kapitału przez korporacje międzynarodowe jest wymieniane jako jeden z negatywnych skutków globalizacji. A napływ towarów z zagranicy powoduje nie tylko ograniczanie produkcji krajowej, ale też odpływ pracowników do państw lepiej rozwiniętych. Krytycy globalizacji nie bez powodu twierdzą, że wspiera ona materialistyczny, konsumpcyjny styl życia, niszczy ekonomiczną niezależność społeczeństw, zagraża suwerenności państw poprzez dostosowanie narodowego prawa do interesów korporacji, prowadzi również do degradacji środowiska (pestycydy, antybiotyki, hormony). Czy jesteśmy wobec tych wszystkich zagrożeń bezbronni? Niekoniecznie.

Już przed wojną endecka prasa promowała hasło: „Swój do swojego po swoje”.
Zamanifestujmy tem naszą solidarność narodową! Zróbmy jeszcze jeden krok do urzeczywistnienia idei odrodzenia gospodarczego Polski (...)! - czytamy na łamach "Orędownika". Wspieranie rodzimej produkcji i handlu, dziś krytykowane jako "protekcjonizm", przeszkadza tak naprawdę tylko ponadnarodowym korporacjom, które chciałyby bez przeszkód dyktować swoje warunki suwerennym państwom, oczywiście w celu maksymalizacji własnych zysków. I, niestety, udaje im się to. Kapitał bowiem, w warunkach globalizacji, ma wybór, może wybrać inne rynki. A mając wybór, ma władzę. Państwo, w obawie przed odpływem kapitału, wprowadza odpowiadające mu regulacje. Ulegając szantażowi, przestaje być suwerenem. Politycy natomiast nie służą już wyborcom, tylko rynkom kapitałowym i finansowym. W sytuacji, kiedy nie można liczyć na politykę państwa, pozostaje tylko jeden sposób społecznej ochrony – spółdzielczość.

Za ojca ruchu spółdzielczego w Polsce uznaje się Stanisława Staszica. „Kooperatywa”, którą założył, nosiła wiele mówiącą nazwę: „Hrubieszowskie Towarzystwo Rolnicze Wspólnego Ratowania się w Nieszczęściach”. Jej członkami byli chłopi, którzy otrzymali od Staszica ziemię, zobowiązując się jednocześnie, że będą płacić solidarnie podatki, a w razie klęski udzielać sobie wzajemnej pomocy. Towarzystwo prowadziło działalność oświatowo-wychowawczą, a także zorganizowało pierwszą kasę pożyczkową. Jego nazwa oddaje tak naprawdę najgłębszą istotę spółdzielczości: wspólne ratowanie się w nieszczęściach. Temu służyła przez wszystkie lata swojego istnienia, a szczególnie pod zaborami, kiedy walka z uciskiem narodowym i politycznym polegała między innymi na obronie stanu posiadania. Pierwsze spółdzielnie przy kółkach rolniczych szerzyły oświatę na wsiach oraz zaopatrywały rolników w niezbędne produkty. Spółdzielnie rzemieślnicze chroniły swoich członków przed wysoką lichwą kredytową. Wszędzie miały jeden wspólny cel: podtrzymanie materialnych podstaw istnienia narodu. Prawdziwy rozkwit spółdzielczości nastąpił w dwudziestoleciu międzywojennym, kiedy 20% obywateli było zaangażowanych w tego rodzaju współpracę. Podczas drugiej wojny światowej na terenach przyłączonych do Rzeszy spółdzielnie zostały zlikwidowane, a na terenie Generalnego Gubernatorstwa pełniły funkcje narzucone przez okupanta - zbierały kontyngenty płodów rolnych i prowadziły dystrybucję towarów na kartki. Poddane kurateli komisarzy niemieckich i lokalnej administracji nadal starały się realizować prawdziwe idee spółdzielczości, dbając chociażby o zaopatrzenie również w te towary, które nie były dopuszczone do obrotu. Zakończenie wojny przyniosło odrodzenie ruchu spółdzielczego, choć oczywiście w innym kształcie. Powiązanie z ugrupowaniami politycznymi oraz włączenie spółdzielczości w system gospodarki planowej nie służyło rozwojowi inicjatyw, które powinny być całkowicie oddolne i ponadpartyjne. Sytuacja zmieniła się dopiero po 1957 r.

Spółdzielczość przetrwała w każdych warunkach, ponieważ zawsze była potrzebna. Dzisiaj przyszedł czas, aby się odrodziła. Do tego wniosku doszli uczestnicy konferencji pt. Spółdzielczość w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego - historia i współczesność, jaka odbyła się 15 listopada 2012 r. w Muzeum Niepodległości w Warszawie. Spółdzielczość jest zjawiskiem ponadczasowym, - stwierdził Alfred Domagalski - (…) Pomaga przezwyciężać problemy codziennego życia, daje satysfakcję z uczestniczenia we wspólnych przedsięwzięciach, sprzyja tworzeniu więzi międzyludzkich, pomaga w rozwijaniu własnych osobowości, przyczynia się do budowania lepszego społeczeństwa i poprawy jakości życia. Profesorowie Stefan Józef Pastuszka i Romuald Turkowski przywołali w swoim referacie słowa Edwarda Abramowskiego, kontynuatora ruchu etycznego w postaci „Związków Przyjaźni”, który uważał, iż byłyby one uzupełnieniem kooperatyzmu w dziedzinie moralnej człowieka - codzienną, zwykłą szkołą przyjaźni między ludźmi, dążącą do tego, żeby typ egoisty zamienić na typ żyjący także dla innych. Takie związki wzajemnej pomocy powinny funkcjonować we wszystkich dziedzinach życia. Dzisiaj coraz częściej przybierają one postać kooperatyw.

Nazwa ta pojawiła się dużo wcześniej, choć oznaczała nieco inny rodzaj współpracy niż teraz. Chociażby w Łodzi Narodowy Związek Robotniczy zorganizował dwie kooperatywy: „Ufność” oraz Stowarzyszenie Spożywcze „Wyzwolenie”. W sierpniu 1918 r. doszło do ich połączenia. Oprócz tego na Widzewie funkcjonowała enzeterowska „Zorza”, która dysponowała własną kamienicą, sześcioma sklepami i piekarnią. W końcu września 1918 r. liczyła około tysiąca członków udziałowców i około pięciu tysięcy konsumentów. Mogli oni zaopatrywać się w towary po cenach niższych niż rynkowe.

Kooperatywa dzisiaj to nieformalna grupa ludzi, których łączy idea wspólnego działania. Często ma swój wewnętrzny regulamin, statut, ale nie musi być nigdzie urzędowo zarejestrowana. Nie jest nastawiona na zysk ani nie służy zarabianiu pieniędzy, ma zaspokajać potrzeby swoich członków i służyć rozwojowi lokalnych społeczności. Dzisiaj swój renesans przeżywają kooperatywy spożywcze, których powstawanie jest odpowiedzią na zalew rynku niezdrową, przetworzoną żywnością i dominację ponadnarodowych koncernów. Ich celem jest przede wszystkim kupowanie dla swoich członków produktów spożywczych dobrej jakości, sezonowych, lokalnych, produkowanych naturalnie, bezpośrednio od producentów, w przystępnych cenach. Można powiedzieć, że to kooperatywy realizują dzisiaj przedwojenne hasło „swój do swojego po swoje”. Przyczyniają się bowiem do rozwoju współpracy i wzajemnej pomocy między członkami, ale też do poprawy sytuacji producentów żywności.

Kooperatywy zrzeszają swoich członków najczęściej za pośrednictwem portalu społecznościowego, strony internetowej albo innej platformy, która służy do codziennych kontaktów oraz wspólnego zamawiania produktów. Wszyscy mają takie same prawa i obowiązki oraz biorą udział w podejmowaniu decyzji na równych zasadach. Dzięki temu grupa staje się społecznością, w której każdy czuje się współodpowiedzialny za jej funkcjonowanie.
Oczywiście każda kooperatywa ma swoją specyfikę i sposób działania, dostosowany do potrzeb i możliwości członków, ogólne zasady dotyczą jednak wszystkich. Grupa nawiązuje kontakt z miejscowym rolnikiem lub gospodarstwem ekologicznym oraz umawia się na stałe dostawy produktów żywnościowych. Ale nie tylko o sprzedawanie i kupowanie tu chodzi. Ważnym elementem takiej współpracy jest podtrzymywanie relacji z producentami. Zaangażowani kooperanci odwiedzają rolników, nieraz nawet pomagając im w pracy, dzięki czemu mogą wzajemnie lepiej się poznać, wymienić doświadczeniami, zdobyć wiedzę o tym, co kupują. A przy tym sprawdzić, czy druga strona przestrzega ustalonych zasad współpracy. W grupie działają koordynatorzy, którzy przyjmują, składają i odbierają zamówienia. Im bardziej rozproszone są te działania, im więcej osób się w nie angażuje, tym lepiej. Każdy członek kooperatywy czuję się wtedy za nią odpowiedzialny, a grupa staje się bardziej solidarna, zaczyna tworzyć społeczność, która osiąga swoje cele wspólną pracą.

Specjalną formą współpracy są tzw. RWS-y, czyli Rolnictwo Wspierane Społecznie. Kiedy członkowie kooperatywy chcą mieć wpływ na to, co i w jaki sposób będzie wyhodowane, umawiają się z lokalnym rolnikiem i płacą mu z góry. W taki sposób rolnik nie musi brać kredytu, aby rozpocząć uprawę i ma zagwarantowany zbyt. Odbiorca ponosi ryzyko nieurodzaju, ale zyskuje dostęp do świeżej żywności, takiej, jaką potrzebuje. W Polsce jest to forma nadal mało popularna, ale już zyskuje zwolenników.

Nieformalne spółdzielnie spożywcze działają już w całym kraju, nie tylko w dużych miastach. Te większe i lepiej zorganizowane przyjmują wpisowe oraz mają tzw. fundusz gromadzki, do którego trafia 10% wartości każdego zakupu. Prowadzą też działalność społeczną oraz oświatowo-kulturalną, biorą udział w upowszechnianiu wiedzy o zasadach i metodach spółdzielczych, współpracując z innymi, podobnymi organizacjami, na szczeblu lokalnym, krajowym i międzynarodowym. Szczególnie interesującym przykładem jest Warszawska Kooperatywa Spożywcza „Dobrze”. Jej członkowie założyli sklep przy ul. Wilczej, będący własnością wszystkich członków grupy, którzy mogą kupować w nim taniej niż klienci z zewnątrz. Oczywiście wiążą się z tym pewne obowiązki, jak chociażby praca na rzecz kooperatywy - co najmniej 3 godziny w miesiącu. Sklep zarabia na swoje utrzymanie, a dochody są przeznaczane na rozwój grupy i cele statutowe. Obecnie sklepy są dwa - na Wilczej i Andersa, a ten pierwszy stał się już za ciasny. Rosnąca w Polsce popularność kooperatyw pokazuje, że coraz więcej z nas odczuwa potrzebę organizowania się w nowy sposób. - czytamy na stronie dobrze.waw.pl.

Kooperatywy mają dziś dobry klimat do działania, przynajmniej na razie. Być może dlatego, że nie będąc przedsięwzięciem masowym, nie stanowią zagrożenia dla interesów ponadnarodowych korporacji. A masowe nie są, ponieważ większość nie ma czasu na angażowanie się w tego rodzaju inicjatywy, nie mówiąc już o tym, że nie widzi takiej potrzeby. Oczywiście sytuacja zawsze może się zmienić na niekorzyść. Niestety oprócz nielicznych przepisów, które poszerzają nam sferę wolności, pojawia się wiele takich, które tę wolność ograniczają. Spółdzielcy jednak mogą działać w każdych warunkach, co już niejednokrotnie w historii udowodnili. Trzeba tylko obudzić w Polakach spółdzielców.


Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
W naszym serwisie

POST NA FORUM SERWISU ANTY ORANGE

ARTYKUŁY PROF. WIKTORA POLISZCZUKA...

ARTYKUŁY L. KULIŃSKIEJ
Tłumaczenia JN






















Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Copyright © 2006, 2007, 2008, 2009, 2010, 2011, 2012, 2013, 2014